POWIEŚĆ (nigdy nieukończona, a może jeszcze...?) ROZDZIAŁY (1-7)
„GINGER, FRED i (k)TOSIA jeszcze. NIEZWYKŁE PRZYGODY”
CZĘŚĆ PIERWSZA
ROZDZIAŁ I
KRZYK
Życiowe przełomy to mają do siebie, że absolutnie nikt się ich nie spodziewa. Przybywają jak wichury, których siły nie byli w stanie przewidzieć meteorolodzy, jak wojny wywołane przez szaleńców czy też jak ogromna i przepełniająca człowieka nagła miłość, która niespodziewanie pobudza do życia zobojętniałe od niepowodzeń serce. O tym właśnie rozmyślał Fred, leżąc na kanapie w swoim przytulnym mieszkaniu na poddaszu, podczas jednego z tych kolejnych dni pandemicznej, odbijanej jak kalka od kalki, rzeczywistości. Przeczuwał, że jego związek z Ginger powinien właśnie wchodzić na kolejny etap, ale coś go wstrzymywało. Sam nie wiedział co, więc ostatnio wszechobecny spory nadmiar wolnego czasu poświęcał na rozmyślania na ten właśnie temat. W końcu ich relacja miała wszystko to, co jest dla wielu wystarczającym powodem zaręczyn, ślubu i rozpoczęcia produkowania nowych obywateli świata lub przynajmniej wzięcia wspólnego kredytu, który wiąże mocniej niż cokolwiek innego. W ich przypadku jednak tak nie było. A skoro nie idzie się do przodu to… „Jest to początek końca” - pomyślał Fred bowiem nie był nigdy w stanie wypowiedzieć tak kategorycznego stwierdzenia na głos czy też nawet zapisać go w tak często przez niego robionych notatkach. Wzbraniał się też przed tym, by przypisać sobie to zdanie jako własną myśl. Wolał je raczej ukryć pośród bardziej i mniej mu znanych cytatów klasyków literatury i wielkich pieśniarzy popkultury. Być może włożył to do segregatora z napisem „interesujące cytaty filmowe”. Jednak z pewnością nie chciał przyznać się przed samym sobą, że to jego własny umysł wyprodukował ten wniosek. Darzył Ginger wielkim uczuciem. Odmiennym od każdej innej wielkiej, romantycznej miłości z przeszłości. Główną różnicą było to, że to uczucie było dojrzałe. Nie miało w sobie nic z okolicznościowej poezji, porywów chwili ani nie kierowało się patriarchalnym hasłem „wielkich słów, chujowych czynów”. Tym razem było zupełnie inaczej i właśnie ta inność ciągle kazała mu drążyć temat i toczyć wewnętrzne walki o to, by nie utracić czegoś wyjątkowego. By nie utracić być może najbardziej wyjątkowego i unikalnego związku jaki mógł mieć w swoim, ograniczonym przez banalną cezurę śmierci, życiu. W związku z tym mielił temat i szukał sposobu na to, co musi zrobić, lub co musi się wydarzyć, aby nastała zmiana.
Świat AD 2022 przyzwyczaił wszystkich do wszelkiej zmienności, powszechnego niepokoju i niepewności, ale to, co dzieje się globalnie, a nie w nas samych, nie na naszych małych, prywatnych poletkach, jest czymś zupełnie innym. Nasz mikroświat jest początkiem i końcem wszystkiego. Jest perspektywą, z której wszystko oglądamy, ale też jest pryzmatem przez który przyglądamy się każdemu, nawet najmniejszemu zdarzeniu. Huragan czy wojna nie są w stanie podziałać na nas tak mocno jak choćby ta, buchająca i odmieniająca wszystko w nas, miłość. To właśnie nasze przełomy są rzeczywistym powodem odmiany świata, naszego świata. Dlatego właśnie, że to nasz świat. Nasza perspektywa, nasz pryzmat. To, co przybywa z odległego „zewnątrz” może być jedynie przyczynkiem do początku naszej odmiany, ale samo w sobie nigdy nie będzie przełomem dla jednostki.
- „Co więc powinienem uczynić? Jakie środki powziąć?” - dumał nad wychyloną już w połowie kolejną szklanką whisky, trunku tak nadużywanego z powodu pandemii połączonej z dylematem związkowej przyszłości. Ludzie zazwyczaj boją się przełomów. Boją się wychodzić z grajdołu przyzwyczajeń i choćby nawet coraz bardziej byli zawiedzeni codziennością, to wolą skrzętnie się z nią godzić i w nią brnąć niż starać się z nią zawalczyć. „Chujowo, ale stabilnie” - hasło uwłaczające w demokratycznym, kapitalistycznym świecie możliwości, ale też codziennie, cichutko noszone na sztandarach przez całe legiony potulnych obywateli „wolnego”, o ironio! świata.
Każdy łyk rdzawej substancji zdawał się rozjaśniać myśli Freda i powoli odprowadzać go w pozorach spokoju i uczynionego kolejnego, właściwego kroku, do łóżka, aby następnego dnia, wypoczęty i wyspany, mógł nadal toczyć swoje życiowe boje. „Przecież wszystko jest wspaniale. Wielu chciałoby być na moim miejscu. Nigdy nie jest idealnie więc i nam się po prostu w końcu ułoży. Po prostu.”. Z tą właśnie myślą łatwiej było mu zakończyć kolejny, niespokojny dzień i podążyć w kierunku sypialni.
W łóżku leżała Ginger. Zazwyczaj o tej porze już spała, ale nie tym razem. Mimo tego, że kolejnego dnia musiała zjawić się o wczesnej porze w pracy, Fred miał wrażenie, że na niego czeka. Był zaskoczony, ale mrok, w który wprowadził go alkohol zamazał ostentacyjność jego reakcji. Okazało się, że Ginger też pozwoliła sobie na więcej niż kieliszek wina, na co wskazywała pusta lampka od wina i górująca nad nią, opróżniona prawie całkowicie butelka mołdawskiej dumy. Jej twarz miała trudny do zinterpretowania wyraz. Coś pomiędzy podnieceniem a oczekiwaniem na wielkie wyzwanie. Miała na sobie bladoróżową halkę, którą tak uwielbiał i pończochy, o które zawsze skomlał jak pies. Była gotowa do tego, by odbyć z nim stosunek, który być może miał być magicznym eliksirem rozwiewającym wszelkie wątpliwości jakie oboje mieli. Stali naprzeciw siebie jak dwaj rewolwerowcy, a nie jak kochankowie, którzy za chwilę mają oddać się najprzyjemniejszej, ale też najbardziej zagadkowej czynności rodzaju ludzkiego. Czynności, która od wieków była gwarantem rozwoju cywilizacji i przetrwania gatunku, a od jakiegoś czasu była też cementującą związki, upragnioną przyjemnością spragnionych siebie kochanków. Nie było w tym jednak przypadku. Od początku ich związku seks był loterią. Fred miewał częste problemy z erekcją za co Ginger zrzucała winę to na siebie, to na niego. Niedawno, aby oczyścić ukochaną z wyrzutów sumienia i zaburzenia własnej wartości, Fred, przyznał się do nadużywania masturbacji. Miało to być kamieniem milowym w ich relacji i właśnie tym przełomem, o którym ostatnimi dniami tak często dumał. Miał zaprzestać, zakazanego przez ortodoksyjne religie, czynu i wszystko miało się ułożyć. Mimo początkowej wielkiej wiary, Fred, podświadomie wiedział, że tak się nie stanie. A już na pewno nie tym razem. Ginger, co najwyżej to przeczuwała, ale jak u każdego, zakochanego człowieka, nadzieja zawsze brała górę. Ten jej gest seksownego ubioru i stworzenia erotycznych okoliczności, tak wydawałoby się zwyczajny, miał tego wieczoru niesamowitą wagę. W powietrzu można było wyczuć olbrzymie napięcie. Zestresowany Fred przeczuwał, że znów może się nic nie udać, że jego erekcja będzie zbyt słaba, by w ogóle mogli odbyć jakikolwiek stosunek, a co dopiero stosunek rozwiewający wszelkie wątpliwości! Jednak po wielu dniach rozmyśleń i podskórnego poczucia ogromnego tym zmęczenia nie zważał na to i z wielkim spokojem ruszył w kierunku Ginger i zaczęli namiętnie się całować. Wypity przez oboje alkohol dodawał im animuszu, ale nie był niestety w stanie stać się pełnoprawnym afrodyzjakiem wobec niedyspozycji Freda. Z sobie tylko znanych przyczyn przegrał kolejną batalię z masturbację i teraz tylko liczył na kolejny cud, że tym razem się uda i otrzyma spokój partnerki na kilka kolejnych dni, aby zdołał znów wrócić do swojej, tym razem udanej, walki.
Oboje pamiętali udane, a może nawet bardzo udane, nieziemskie, stosunki. Chyba tylko to trzymało ich nadal razem. Ale było tego zbyt mało, stosunki były nieregularne i zbyt często kończyły się zawodem, łzami, smutkiem i długimi rozmowami, które miały na celu to, aby oboje poczuli się lepiej. Czasem były ciche dni, czasem obiecywanie poprawy, jeszcze innym cudowne odkrycia w jaki sposób sytuację można poprawić. Trwali tak w tym impasie chyba tylko dlatego, że jakaś tajemnicza siła kazała im w nim trwać licząc na jakiś PRZEŁOM.
Jeśli zmiana musi zacząć się od wielkiego wybuchu to taki właśnie nastąpił tym razem. Gdyby ktoś podglądał te łóżkowe wygibasy mógłby stwierdzić, że wszystko zmierza we właściwym kierunku, ale w pewnym momencie, z niedostrzegalnych gołym okiem powodów, namiętność zaczęła radykalnie słabnąć. To Ginger zorientowała się, że członek Freda po raz kolejny nie staje na wysokości zadania i miała już tego absolutnie dosyć. Fred jeszcze próbował zachować pozory starania i na przekór wszystkiego wierzył, że z jakichś nikomu nieznanych powodów jego niedysponowany przyjaciel napręży się jak metalowy pręt i zakrzyknie „Zwycięstwo!”, że jak Chrystus wyjdzie z grobu i obwieści zwycięstwo życia nad śmiercią. Ginger przerwała tę bezsensowną walkę i po raz kolejny doszło do rozmowy. Ale nie była to kolejna rozmowa, których schemat oboje już doskonale znali. Tym razem Ginger, całkiem słusznie, postawiła sprawę jako coś ostatecznego. Uczciwie przyznała, że seks jest ważnym elementem związku i nie potrafi z niego zrezygnować, że jej myśli błądzą od tego, że nie jest właściwą, właściwie podniecającą partnerką dla Freda, do przyznania się do obawy przed własną zdradą. W pełnym podkreśleń o własnej, szczerej miłości wobec partnera, wywodzie, zasugerowała, pierwszy raz tak dobitnie, o możliwości rozstania. I to ona swoim czynem, swoją odwagą wywołała w ich mikroświecie ich prywatny huragan. To ona swoją odwagą, a nie on - kolejnymi rozmyślaniami, go stworzyła. Teraz miała nastąpić wojna. Oboje chyba w głębi duszy byli na nią gotowi, ale ubiegł ją bliżej niezidentyfikowany krzyk, który stał się przyczynkiem do chwilowego chaosu i ponownej nadziei na ponowne rozkwitnięcie ich wielkiej i wiele wytrzymującej miłości.
ROZDZIAŁ II
TOSIA
Lecz czyj był to krzyk? Wydawało się, że wydał go Fred, ale ton i wysokość głosu wskazywały raczej na przedstawicielkę płci żeńskiej. Ponad wszelką wątpliwość Ginger jednak wówczas milczała. Któż więc to był!? Skonfundowani Ginger i Fred spojrzeli po sobie i zaczęli nasłuchiwać. Z odmętów ciszy usłyszeli ten sam głos, który postanowił przepuścić mocne, nie znoszące sprzeciwu i nie dające się już zagłuszyć, uderzenie.
- Do cholery jasnej! Czy dacie mi wreszcie dojść do głosu? - wprawdzie Ginger i Fred byli mocno wstawieni i mogli te omamy zrzucić na karb wypitego alkoholu, późnej pory, stresu i Bóg jeden wie czego jeszcze, ale głos, który słyszeli był tak rzeczywisty, że przypadek wspólnej halucynacji zdawał się być znacznie mniej prawdopodobny od wystąpienia wszelkich innych paranormalnych zjawisk.
- No już, dwa głębokie oddechy, szklanka wody i wracamy na ziemię - głos odezwał się ponownie i tym razem obojgu udało się go zlokalizować. Co prawda wcale ich to nie uspokoiło i trwali w dalszym zdumieniu, ale teraz przynajmniej byli już chociaż przekonani, że ów nieznajomy głos wydobywał się jakby… z Freda. „Jakby” było doskonale pasującym słowem podsumowującym ich obserwację. Nigdy nie słyszeli o czymś podobnym. Gawędy o brzuchomówcach czy opętaniu już dawno włożyli na półkę z napisem: cyrkowa ściema, ale coraz bardziej dochodzili do przekonania, że być może uczynili to zbyt pochopnie. Ginger zaczęła ratować resztki racjonalnych myśli, które gdzieś jeszcze kryły się w jej głowie i gwałtownie zaatakowała Freda: - Fred! Przestań sobie robić jaja! - znała jego aktorskie talenty więc uznała, że to być może jeden z jego nowych trików. Z pewnością chciała, aby tak było i tym razem, bo lepsze jest znane głupstwo niż tajemnicze i nieznajome „z archiwum X”.
Fred rozdziawił gębę i bał się cokolwiek powiedzieć. Bał się wprawić w drżenie swoje… a może już nie swoje, a obce, przejęte przez jakąś obcą siłę, struny głosowe i wtedy właśnie usłyszał…
- No mów! - słowa padły ze zdwojoną siłą. Ginger i tajemniczy głos, jakby na umówiony znak- sygnał dokonali pełnej synchronizacji, aby ośmielić i zmusić Freda do gadania, jakby to on był winnym kreatorem całej tej sytuacji.
- Ja… - niepewnie zaczął Fred. - Ja… ja… nie robię sobie jaj. Ten głos chyba naprawdę pochodzi ze mnie, ale nie ja wprawiam go w ruch. On nie jest z moich myśli. Ja… Ginger!
Ginger zauważyła jego prawdziwe przerażenie i tym razem zupełnie zmieniła taktykę: - Spokojnie, kochany, tylko spokojnie, wszystko będzie dobrze. - zrobiło jej się żal Freda, w końcu kochała go najmocniej na świecie, a ten, okazuje się, najwyraźniej cierpi na jakąś psychiczną dolegliwość.
- Pamiętaj, przez wszystko przejdziemy razem, a teraz może… pozwól temu głosowi przemówić? - sama była zdumiona swoją biegłością w tematach paranormalnych, ale sugerowane działanie wydało jej się w tamtej chwili najbardziej naturalnym i racjonalnym pomysłem. Fred wziął głęboki oddech i postarał się nie robić nic. Ale tak mocno nie robić nic, żeby zostawić możliwie dużo miejsca dla tej obcej osoby, którą najwyraźniej wbrew sobie gościł w przestrzeniach swojego ciała. Najwyraźniej jego intuicyjne działanie było równie trafne jak i pomysł Ginger, bo po krótkiej chwili ciszy, głos znów się odezwał. Tym razem znacznie spokojniej: - Przepraszam was za ten wybuch i brak jakichkolwiek wyjaśnień. Jest mi za to niezmiernie wstyd, ale jak zaraz wszystko wam opowiem to sądzę, że mnie zrozumiecie.
Oboje… a może właściwie troje? usiedli, złapali się za ręce i w pełnym napięciu oczekiwali na nadchodzące wyjaśnienia, które mogły być decydujące dla ich wspólnej przyszłości.
- Zacznę od tego, że mam na imię Tosia i nie przybywam wcale z odległej galaktyki, ani nie jestem demonem, który opanował ciało i umysł Freda. Przybywam… w pokoju.
Tosia, wykorzystując dłoń Freda, pokazała, za pośrednictwem wskazującego i środkowego palca, podkreślający jej słowa, znak pokoju. Dzięki temu, że, dotychczas zwyczajna i klasyczna jak na polskie standardy para, zdążyła już co nieco przywyknąć do absurdalności całej sytuacji, zarówno słowa jak i gest Tosi miał dla nich bardzo uspokajający wpływ. Mimo to, nadal byli oszołomieni i mimochodem, powoli, w milczeniu, odpowiedzieli jej tym samym gestem, co z boku musiało wyglądać co najmniej komicznie.
- Ja tak naprawdę żyję w nim od zawsze. - powiedziała „obca”.
- Jezus Maria! Fred chce zmienić płeć i stąd cała ta akcja!? - Ginger nie potrafiła się opanować, aby nie zrzucić z siebie swojej detektywistycznej dedukcji.
- Po pierwsze to płci się nie zmienia, a się ją koryguje - zaczęła nieco nauczycielskim tonem Tosia - a po drugie to on wcale nie chce tego robić. Ja też nie chcę, aby on to zrobił, ale dojrzałam do tego, aby wreszcie być obecną na zewnątrz. Dosyć mam już siedzenia w szafie i ukrywania się przed światem.
Ginger starała się wszystko sobie poukładać w głowie i w międzyczasie odruchowo spojrzała na Freda, który był jakby mniej obecny. Początkowo dla Ginger było to, o ironio! naturalne. W końcu teraz przemawia przez niego ktoś inny. Ale Tosia szybko to zauważyła, a że najwyraźniej była bystrą osóbką, to wywołała Freda do odpowiedzi: - Mleko się wylało, Fred. Możesz włączyć się do dyskusji.
Ginger miała poczucie, że klocki, które jakkolwiek poukładały się jej w głowie, ktoś nagle brutalnie zburzył. To Fred o niej wiedział i… ukrywał Tosię w sobie? Nawet nie wiedziała, co powiedzieć więc zająknęła się jedynie i wtedy zabrzmiał poważny, ale również spokojny głos Freda.
- Tak, to prawda. Od zawsze przeczuwałem, że jest we mnie ktoś jeszcze. Ktoś kto czasem dopomina się o swoją przestrzeń, ale zrzucałem to na jakieś zaburzenie, z którym muszę sobie poradzić, ukryć to, zniszczyć, unicestwić… - Fred dosyć mocno rozpędził się w negatywnych i mocnych słowach, co wywołało łzy w oczach Tosi czyli ostatecznie w jego własnych. Zauważyła to Ginger i zainterweniowała: - Stop, Fred! Stop! Dlaczego chciałeś to zrobić? Dlaczego to robiłeś?
Fred odetchnął ciężko, a następnie zebrał się w sobie i z wielkim bólem i wyrzutami sumienia zaczął nerwowo tłumaczyć: - Bo to było dziwne, inne. Bałem się tego. Ona była we mnie od dawna, a ja bałem się, że kiedy tylko uśpi moją czujność to przejmie nade mną kontrolę i to Fred odejdzie w odstawkę, zostanie wtrącony do lochu…
- Czyli lepiej było trzymać w lochu tę drugą osobę? - ironicznie wtrąciła Tosia.
- Znacie tę bajkę o lisie i koźle Mickiewicza? - nie pierwszy raz Fred próbował ukryć siebie i swoje życie za literackimi odniesieniami.
- I to ja miałam być tą złą lisicą? - zapytała Tosia.
- Możliwe. Skąd miałem wiedzieć? Nie znałem cię za dobrze.
- To może wypadało ją poznać? - wtrąciła się Ginger, choć początkowo nie chciała ingerować w ich rozmowę.
- Próbowałem, ale jednak strach był większy. Uwierzcie, chciałem żyć normalnie, jak każdy facet, a nie dzielić się sobą, swoim ciałem, swoim umysłem, swoim wszystkim z jakąś dziewczyną, kobietą, która…
- A na czym polegały te próby? - zapytała Ginger.
- Na tym, że czasem pozwolił mi na chwilę wyjść na zewnątrz i zaspokoić swoją potrzebę relacji seksualnej z kobietą! - wykrzyczała Tosia pełna gniewu.
W głowie Ginger znów klocki zaczęły tworzyć spójną układankę. - Więc to stąd jego problemy łóżkowe! - pomyślała. Jednak chciała się upewnić więc postanowiła trochę podrążyć: - A często się tak… spotykaliście?
Tosia spojrzała na Ginger, a następnie opuściła wzrok: - Dosyć często. Przepraszam, to nie miało być wymierzone w ciebie. Bardzo cię polubiłam i liczyłam, że w końcu Fred zdobędzie się na odwagę i w jakiś sposób nas sobie przedstawi. Albo, że któregoś razu tak się zapomni, że go nakryjesz i będzie zmuszony ci o mnie powiedzieć, ale jak widać sama musiałam to na siebie wziąć.
- A nie mogłaś po prostu zniknąć!? - zaatakował niespodziewanie Fred, czym oszołomił zarówno Ginger jak i Tosię, która tym razem nie zareagowała łzami, a wręcz przeciwnie: pewnością siebie oraz dumą tak charakterystyczną dla buntujących się nastolatek: - Nie, nie mogłam. Jestem, chcesz czy nie chcesz, częścią ciebie i nie możesz jej, jak już powinieneś się zorientować, uśmiercić. Przykro mi, wiem, że wolałbyś, aby to było możliwe, ale tak nie jest. Wyobraź sobie, że ja też wolałabym mieć swoje, niezależne od nikogo ciało, ale tak się nie da. Na pocieszenie mogę wam powiedzieć, że jeśli dobrze się poznamy i zgramy się to może być z nas super trio, a ja swoją, już nie ukrywaną, obecnością dodam do waszego życia wiele kolorytu i pozytywu.
Zdecydowana tyrada wlała w serce Freda odrobinę nadziei, zaś Ginger coraz bardziej zaczęła lubić nowo poznaną osóbkę i z pełnym ciepła głosem zwróciła się do obojga:
- Kochani, myślę, że przeżyliśmy wszyscy wystarczająco dużo emocji jak na jeden wieczór, a w związku z tym, że czeka nas mnóstwo wspólnego czasu, to proponuję byśmy położyli się spać i jutro wrócili do rozmowy.
Fred i Tosia, wreszcie zgodni ze sobą, przystali na propozycję Ginger, która wówczas, z naturalną dla siebie czułością dobrej i troskliwej osoby, zapytała Tosię o to czy coś może dla niej jeszcze tego wieczoru zrobić. Tosia momentalnie się zarumieniła i wzruszyła. Chyba nigdy przedtem nie doświadczyła tak mocnego uznania jej podmiotowości. Na jej twarzy, która technicznie rzecz ujmując, nadal była twarzą Freda, ale już jakby delikatniejsza, o odrobinę innym, łagodniejszym obliczu, pojawił się szczery, niewymuszony uśmiech połączony ze wzruszeniem. Po czym rzekła: - Chciałabym założyć do spania tę śliczną halkę i pończochy… - Fred był w szoku i oczekiwał reakcji Ginger, dla której zgoda była tak naturalna i tak prędka, że nikt nie zdążył wyczuć choć namiastki niezręczności. W jednej chwili zdjęła z siebie halkę i pończochy, podała ją Tosi i rzekła do Freda: - No, mój drogi, chyba po tak długim czasie jesteś jej coś winien i nie będziesz oponować.
Zakłopotany Fred nie potrafił się sprzeciwić i momentalnie rozebrał się, a następnie włożył to, co wcześniej, już z wiadomego powodu, było jego obiektem podniecenia i dlaczego tak uwielbiał, gdy Ginger miała to na sobie. Początkowo czuł się niekomfortowo, ale przełamała to Ginger, która z uznaniem pełnym szczerości powiedziała: - Ślicznie wyglądasz! Poza tym zawsze podobały mi się twoje zgrabne nogi, kochanie, ale teraz na dodatek wiem, że wprost zostały stworzone do tego by były na nich pończochy! - mrugnęła okiem do Tosi, która tylko zachichotała jak malutka dziewczynka, której ktoś powiedział niespodziewany komplement.
Kiedy tylko zmęczeni od nadmiaru wrażeń i alkoholu położyli się w łóżku i zgasili światło, Tosia zbliżyła swoje usta do ucha Ginger i wyszeptała: - Dziękuję ci. - tylko tyle i aż tyle. Po policzku Ginger spłynęła łza. Tosia też nie uchroniła się od wzruszenia. Nawet Fred, który zazwyczaj hamował zbyt wielkie okazywanie uczuć, gdyż nauczony był, że męski świat jest twardy i nie przystoi mu słabość, uronił łzę. Był to nowy początek czegoś zupełnie innego, ale żadne z nich nawet nie przeczuwało dokąd jeszcze ich to zawiedzie.
ROZDZIAŁ III
UCZENNICA
W pustej kawiarni, na pierwszym piętrze, gdzie nie było nikogo prócz niej, siedziała Ginger i popijała kawę czytając książkę o metodach rozładowywania stresu. Nigdy nie kryła się z tym, że ma z nim problem. Starała się go rozładowywać na różne sposoby, jednak jej obowiązkowość i poczucie pełnej odpowiedzialności za cały świat zazwyczaj brały górę. Stawała się wówczas nerwowa, zaniedbywała wiele aspektów swojego życia i wypalała mnóstwo papierosów, którym nierzadko towarzyszył alkohol. Czyniła stałe postępy, ale jak przystało na osobę ambitną, nie było to wystarczająco dla niej satysfakcjonujące.
Kończyła właśnie czytać rozdział o tym, że seks może być dobrą formą rozładowania napięcia, które się w nas gromadzi. Ironicznie uśmiechnęła się do siebie, bo jej samej trudno było na to liczyć. Od kiedy była z Fredem, seks był raczej powodem do dodatkowego wytwarzania kortyzolu, a nie jego niwelowania. Zaczęła się zastanawiać na ile to jej nerwowość mogła wpływać na jego częste niedyspozycje, ale skrzętnie broniła swojej postawy. O dziwo łatwiej jej było przyjąć hipotezę o tym, że być może nie pociąga Freda wystarczająco mocno. Sprawa stresu była dla niej fundamentalnym obiektem walki, a jak to zazwyczaj z długotrwałymi wrogami bywa - stają się nam w dziwny sposób bliscy i obwiniając ich o cokolwiek, jeszcze mocniej uderzamy w samych siebie.
Pochłonięta lekturą nie zauważyła, że przy stoliku na przeciwko siedzi młoda i atrakcyjna dziewczyna. Przez słomkę piła czerwony, jak jej paznokcie, koktail i przeglądając jakieś czasopismo, co jakiś czas zerkała na Ginger. Początkowo było to dla niej niekomfortowe, ale kiedy już zdecydowała się ostentacyjnie spojrzeć na ciekawską dziewczynę, wówczas to ona się zawstydziła i wracając do lektury przesłoniła delikatnie swoją twarz blond kosmykami włosów i zaczęła się nimi zmysłowo bawić. Ginger mogła się jej dokładnie przyjrzeć. Zaśmiała się do siebie, że gdyby ona kiedykolwiek wyszła tak ubrana i umalowana do miasta to matka wyklęłaby ją na dwieście pięćdziesiąt lat. Dziewczyna miała na sobie różowe balerinki, białe pończochy, minispódniczkę w kratę, białą bluzeczki, dość mocny makijaż i blond zalotną fryzurę. Jednym słowem jej stylistą mógł być jakikolwiek podstarzały fan filmów dla dorosłych. Ginger miała znacznie bardziej dojrzały gust i poczucie smaku. Uwielbiała godzinami zastanawiać się nad właściwymi połączeniami własnych kreacji. Często przygotowywała sobie przegląd mody na cały tydzień pracy. Codziennie coś nowego. Ale po początkowej myśli o bezguściu młodego dziewczęcia, coś zaczęło ją w niej intrygować. Nie mogła jednak dotrzeć do odpowiedzi. A może bała się jej? W każdym razie uznała, że podejdzie do niej pod pretekstem dowiedzenia się tego, co młoda czyta. Ginger zauważyła, że dziewczyna zorientowała się, że ta czyni kroki w jej kierunku bo zaczęła nieśmiało się uśmiechać. Mimo poczucia ogromnego zażenowania, Ginger, szła dalej. Zawrócenie wyglądałoby o wiele gorzej. Wreszcie dotarła tuż obok i nie zdążyła się jeszcze odezwać, gdy spojrzenie młodej dziewczyny spowodowało to, że język ugrzązł jej w ustach. Nie potrafiła się odezwać. Zamiast tego ich spojrzenia spotkały się z jeszcze większą intensywnością powodując napięcie, którego typu, Ginger, nigdy dotychczas z innymi kobietami nie doświadczyła. A może nigdy sobie na nie nie pozwalała? Jednak w tej młodej dziewczynie było tyle uroku i niewinności, że nie potrafiła brutalnie uciąć tego, co się właśnie zaczęło dziać. Mało tego! Ginger instynktownie usiadła tuż obok młodej panienki i nie odzywając się choć słowem zbliżyła się do niej tak blisko jak tylko mogła. Wówczas poczuła zapach delikatnych perfum i ciepło bijące od tej istoty, a następnie nie pozwalając sobie na choćby błysk myśli, który być może odwiódłby ją od kolejnego kroku, zaczęła ją namiętnie całować. W pewnym jednak momencie, wyczuwając utracenie kontroli nad swoim działaniem, dopuściła myśli do głosu i oderwała się od niej. Czuła jakiś rodzaj odrazy do samej siebie i swojego postępku. Przecież jej, heteroseksualnej, dojrzałej kobiecie, taka słabość nie przystoi! Ale w tej przyjemności było coś ponadto, coś czego nie potrafiła jeszcze nazwać. Trwała w stuporze. Po długiej pauzie, pełnej niezręczności i zakłopotania, młoda dziewczyna przerwała ten impas i odezwała się pierwsza: „Ja jestem Tosia, a ty?”.
Ginger obudziła się przerażona. Czuła się, jakby zrobiła coś absolutnie zakazanego, nawet jeśli to był tylko sen. Momentalnie spojrzała na leżącego obok Freda i przez wzgląd na halkę przypomniała sobie, co mogło być powodem jej dziwnego, marzenia sennego. Było to z pewnością ciekawe doświadczenie i w związku z tym, że Ginger fascynowała się tematem snów, będzie do niego jeszcze wracać. Tym razem jednak uznała, że nie ma na to siły i spróbuje jeszcze chwilę się zdrzemnąć. Początkowo bała się zasnąć, ale z drugiej strony pociągała ją myśl o ponownym spotkaniu tej młodej podlotki. „Co wydarzyłoby się dalej, gdybym się nie obudziła?” - podświadomość uderzała ją tym pytaniem jak młot nieprzyzwoitości pragnący przebić się przez mur purytańskiego porządku świata. Chęć dalszego śnienia z pewnością była spowodowana zmęczeniem, ale może też chęcią znalezienia odpowiedzi na to właśnie pytanie? Bo na zastanowienie się nad tym, co by było gdyby to nie był sen, nie była jeszcze gotowa…
ROZDZIAŁ IV
PORANEK
Co tu dużo kryć? Nie był to najłatwiejszy poranek dla całej trójki. O ile jeszcze Tosia i Fred mogli pozostać w domu i spróbować zniszczyć kaca dodatkową dawką snu, tak Ginger z samego rana, czując jeszcze w głowie wczorajszy alkohol, musiała wyruszyć do pracy. Całą drogę zastanawiała się czy, aby to do czego doszło poprzedniej nocy naprawdę się wydarzyło. Gdy tylko przypominała sobie poranny obraz Freda leżącego w jej pończochach i halce, stawało się jasne, że to nie był sen. Tuż przed wyjściem zdobyła się nawet na to, aby składając pocałunek na jego policzku, wyszeptać: „Dzień dobry, kochani”.
Szła dość szybkim krokiem i nie myślała o pracy. Starała się też nie myśleć o tym, co jej się przyśniło. Na razie starała się zepchnąć to na dalszy plan. Myślała o nowej sytuacji, której stała się mimowolną uczestniczką. Ale nie, nie budziło to w niej lęku. Było to raczej coś w rodzaju zaciekawienia i ekscytacji. Chyba istotnym powodem jej pozytywnego podejścia było zdawanie sobie sprawy z tego, że to paradoksalnie właśnie Tosia, w ostatniej chwili, uratowała jej związek z Fredem. A przynajmniej dała im kolejną szansę i zakupiła dodatkowy czas. Jako, że zawsze była bardzo otwartą i tolerancyjną osobą, widok swojego mężczyzny w damskich łaszkach nie spowodował w niej obrzydzenia, a raczej wywołał ciepły uśmiech, który goszcząc na jej twarzy rozpromieniał ją, idącą do pracy wśród innych, raczej smutnych i szarych ludzi. Nieprzypadkowo pomyślała, że pośród nich jest niczym pryzmat, który tworzy tęczę. Ta wieloznaczna metafora, na którą natknęła się w swoich myślach, jeszcze utrwaliła i spotęgowała jej dumny uśmiech.
W tym samym czasie Fred i Tosia jeszcze słodko spali (o ile słodkim można nazwać sen do szczętu skacowanej osoby… a tym bardziej dwóch!). Kiedy się obudzili i z trudem dotarli do lustra nie odzywali się do siebie. Oboje wiedzieli, że żadne dźwięki nie są w tym momencie ich sprzymierzeńcami. Po porannej toalecie, Fred podszedł, czy też od teraz powinniśmy pisać: „podeszli”, do dużego lustra i dokładnie przyjrzeli się ciału Freda w częściowej, damskiej garderobie. Fred, a może Tosia wykorzystując jego poranną niedyspozycję, naprężyła prawą nogę, aby wyeksponować łydkę, która dzięki nylonowemu materiałowi nabrała innego, dotąd pojawiającego się jedynie w ukryciu, wyrazu. Fred pomyślał, że chyba Ginger miała rację, rzeczywiście zgrabnie to wygląda. Mimo owłosienia, które powinno raczej psuć obraz kobiecości, czarny, kryjący materiał idealnie zasłaniał blade i raczej słabe włoski pokrywające nogi Freda. Próbowali różnych pozycji i prężyli się przed lustrem, co sprawiało im coraz większą frajdę. Podwijali halkę, wciągali brzuch, wypinali tyłek. Fred zaczął zdawać sobie sprawę, że gdyby nie zaniedbał fizycznych ćwiczeń i gdyby jakakolwiek dieta nie była mu obca, to wszystko mogło wyglądać jeszcze lepiej! Bardziej kobieco…? Tu, pierwszy raz, przestraszył się swojej myśli. Ale nie zdążył spędzić zbyt wiele czasu w tej konsternacji ponieważ wówczas usłyszał głos Tosi, który przypomniał mu i po raz kolejny zapewnił, że Tosia nie chce nigdy wyjść na pierwszy plan, że szanuje go i jeśli tylko pozwoli jej czasem istnieć to będzie jej to w zupełności wystarczać i będzie z tego powodu szczęśliwa. Fred spojrzał na Tosię nareszcie życzliwym okiem i powiedział: „A niech to, to jest twój dzień, dziewczyno!”. Puścił playlistę Madonny (wykonawczyni, która najbardziej kojarzyła mu się z kobiecością i wyzwoleniem seksualnym) i z jeszcze większą przyjemnością i zaangażowaniem zaczął paradować przed lustrem.
Przez muzykę i całkowite zaabsorbowanie zabawą nie usłyszeli, że ktoś właśnie wszedł do mieszkania. Fred, gdy się tylko zorientował, myślał, że w jednej chwili wyzionie ducha, a w drugiej jego ciało zmierzy się ze śmiertelnym zawałem serca. Całe szczęście to była Ginger, która oparła się o framugę drzwi i już ładnych kilka chwil przyglądała się tym szalonym tańcom swojego ukochanego, aż wreszcie zagwizdała, jak gwiżdżą prymitywy na widok pięknej kobiety na ulicy. Tym razem miało to zupełnie inny wyraz i z pewnością ani Tosia, ani Fred się na to nie obrażali, a wręcz przeciwnie! Tosia była dumna, zaś Fred nieco zmieszany. Ginger zorientowała się, że zawstydziła swojego partnera więc szybko wzięła go w obroty, aby razem mogli się oswoić z nową sytuacją. To dodało Fredowi dużo śmiałości i mimo tego, że nadal był skrępowany mógł chociaż nerwowo, ale jednak, się uśmiechnąć. Wtedy Ginger wpadła na jeszcze jeden pomysł. Zniknęła na chwilę w łazience, by wrócić z krwiście czerwoną szminką w dłoni. Precyzyjnie umalowała usta Freda i powiedziała: „te pełne usta z pewnością tego potrzebowały!” i w rytm „Like a virgin” tańczyli w najlepsze. Ich ciała były coraz bardziej odważne, Tosia nadawała Fredowi coraz więcej kobiecości, a Ginger, która zawsze kochała taniec, po prostu dobrze się bawiła. To w końcu ona nadała im przydomki Ginger i Fred pochodzące od Ginger Rogers i Freda Astaire. Ona była ruda i kochała tańczyć, on zaś wielbił film Felliniego o tym samym tytule więc wszyscy byli zadowoleni.
Wraz z upływem czasu coś między nimi zaczęło iskrzyć, ale żadne z nich nie zdobyło się na nic więcej ponad przytulanie. Ginger w twarzy Freda ujrzała usta dziewczyny ze swojego snu, a Fred uświadomił sobie, że jego dotychczasowe życie już nigdy nie będzie takie jak przed tem. Pojawiło się w związku z tym napięcie i dziwna energia, której nie można było jednoznacznie określić jako pozytywna lub negatywna. Była to energia jakiej nikt z nich jeszcze nie znał. Dlatego też zgodnie podziękowali sobie za wspólny taniec, przytulili się raz jeszcze i postanowili zdrzemnąć się jeszcze chwilę, by później jakoś zaplanować ich pierwszy, wspólny dzień.
ROZDZIAŁ V
SESJA
- A stań jakoś tak bardziej zalotnie! I wciągnij brzuch! - zniesmaczona, ale równocześnie pełna energii i dobrych chęci, Ginger, instruowała Tosię podczas robienia zdjęć. Uznała, że po tak długim czasie siedzenia w szafie przyda się jej odrobina blichtru i blasku. Jako, że kochała modę, stylizację, makijaż i fotografię, była przekonana, że będzie to frajda zarówno dla Tosi, jak i dla niej. Fred w całej sytuacji nie czuł się już tak swobodnie. Oto on, samiec alfa, nagle stał się modelką, która miała być posłuszna wobec całej opresyjnej beauty - machiny. Musiał początkowo dokładnie ogolić swoją twarz (nie było to trudne, gdyż nigdy nie był obdarzony twardym zarostem), ubrać damską bieliznę (przyznał, choć nie na głos, że jest to bardzo przyjemne uczucie), wdziać kilka sukienek, spódniczek (wreszcie dowiedział się jaka jest między nimi różnica!), rajstop, pończoch, aby na koniec dać się umalować i dać sobie założyć perukę, którą Ginger kupiła z okazji, któregoś święta Halloween (w ten sposób Tosia, ku swemu ogromnemu zadowoleniu, stała się blondynką). Te wszelkie kobiece zabiegi były czasochłonną nowością dla niego, ale tak naprawdę to nie to było główną przeszkodą na drodze do zrobienia świetnej zdjęciowej sesji. Nie chodziło też o to, że Tosia, która przeżywała swój pierwszy dzień na zewnątrz na tzw. legalu, była niegotowa, by sprostać temu wyzwaniu. Jak przystało na dziewczynę, której ewidentnie brakowało wcześniej możliwości emanacji swojej kobiecości, odnalazłaby się doskonale w zamyśle Ginger. Tę opiewaną przez poetów zwiewność, giętkość i zalotność miała niejako w automacie swoich zachowań. Tu raczej chodziło o to, że podświadomie, Fred, mimo początkowych zapewnień pod tytułem: „to jest twój dzień, dziewczyno!”, nie chciał oddać Tosi choć milimetra własnej przestrzeni. Owszem, pozwolił jej wcześniej paradować przed lustrem w halce i pończochach, ale wówczas nie był świadom obecności Ginger, która niespodziewanie, po cichutku wróciła z pracy. Przez lata zbudował w swojej głowie obraz mężczyzny, który nie może okazywać wobec innych żadnych słabości czy zniewieścienia, a już na pewno nie wobec kobiety, którą kocha i którą co jakiś czas powinien, w aspekcie seksualnym, zdominować. Kulturowy schemat i wszelkie wzorce zaszczepiły w nim naturalny sprzeciw i lęk wobec praktyk, które mogły w jakikolwiek sposób podważyć jego męskość.
- Uśmiechnij się wreszcie! - w coraz większym napięciu wykrzykiwała Ginger, chcąc zmotywować i ośmielić Tosię.
- Może chociaż zasłonimy rolety? - wtrącił od niechcenia Fred - W końcu mieszkamy na parterze.
- Aaa! Więc to twoja sprawka? - przenikliwie spytała Ginger stając na drodze Freda, który podążał w kierunku jednego z okien. - Nie chcę żadnego fałszu i udawania, rozumiesz? Już wystarczająco dużo miałam ich w swoim życiu!
- W takim razie: koniec sesji! - Fred zaczął dreptać w kierunku fotela krokiem kryjącego się przed ostrzałem żołnierza, by następnie rozwalić się jak najmniej kobieco na fotelu.
Ginger wzięła kilka głębszych oddechów, żeby nie wybuchnąć. Walczyły w niej dwie siły. Jedna, która sprzyjała nowej sytuacji i za wszelką cenę chciała się z nią oswoić, oraz druga, która chciała to rzucić przy każdej, nawet najmniejszej, nadarzającej się okazji.
- Ok, słuchajcie, wy toczycie między sobą jakąś utajoną wojnę od wielu, wielu lat i pewnie macie jakieś przeszłe pretensje i zaszłości, ale pragnę przypomnieć, że ja jestem tu NOWA! - zaczęła mocnym i zdenerwowanym głosem Ginger - Chcę dla was dobrze więc uszanujcie to do kurwy nędzy i wyjaśnijcie o co chodzi zanim zostawię waszą dwójkę w tej piaskownicy na pożarcie przez kolejne irracjonalne czasy milczenia! Widzę, że kochacie zagrzebać się w piasku, nabrać piasku do gęby i milczeć, ale w moim świecie się ROZMAWIA! Tak więc słucham: co macie do powiedzenia!?
Żadne słowa nie spowodowały jeszcze takiej zgodności Freda z Tosią i Tosi z Fredem jak ta pełna racji i złości tyrada Ginger. Oboje, a jako że tkwili w jednym ciele więc było im nieco łatwiej, smutno opuścili głowy. Niestety równie zgrani okazali się w milczeniu i w związku z tym Ginger, jak na lekcji fizyki w liceum, zmuszona była wyciągnąć kogoś do odpowiedzi:
- Fred, od kiedy się znamy, od kiedy pokochałam cię nad życie, wiedziałam, że jest w tobie jakaś tajemnica. - spokojnie, mimo rzeczywistego wkurwu gotującego się jej pod czaszką, zaczęła Ginger - Ona zawsze była pociągająca, intrygująca, ale kiedy już przekroczyliśmy już ten Rubikon, nie musisz udawać i chronić tego, co było. Wręcz przeciwnie! Powinieneś postarać się to wyjaśnić dla dobra swego, mojego i Tosi.
Fred nie był dobrym mówcą. Wszystko, co chciał światu wyartykułować starał się przekuwać w piosenki. Miał zespół rockowy, którego był frontmanem, a w wolnych chwilach pracował w pubie jako barman. Choć będąc ścisłym i obiektywnym narratorem, który nie chce być sprzymierzeńcem Freda, to należy przyznać, że bycie barmanem było jego głównym zajęciem, zaś zespół był dodatkiem. Nieważne. Ważne jest to, że Fred rzeczywiście się zagubił i nie miał tym razem żadnego pomysłu na odpowiedź. Można zaryzykować stwierdzenie, że było mu już wszystko, absolutnie, jedno czy za chwilę rozstaną się z Ginger czy nie. Zapragnął spokoju i ciszy ponieważ dynamiczna zmienność ostatnich godzin jego życia stanowczo naruszyła spokój i constans, którego był skrytym wyznawcą. Trochę na przekór marzeniom był człowiekiem, który wszystko chciał mieć ułożone jak od linijki. Gdyby Tosia miała okazać się taka sama z pewnością ich pierwszy wspólny dzień okazałby się katastrofą. Mimo tego, Ginger zaryzykowała i widząc w oczach Freda rozpacz i rezygnację, zwróciła się do Tosi:
- A może ty coś powiesz? - Tosia jakby się ożywiła i spojrzała na Ginger błyszczącymi oczyma. Oczy Freda w jednej chwili tak mocno się zmieniły, że Ginger przeżyła szok zmieszany z olbrzymią nadzieją i ciekawością, co z tego wyniknie więc dopytała delikatnie: - Co możemy zrobić z całą tą sytuacją?
Tosia zebrała się w sobie i powiedziała, że potrzebuje chwili czasu, aby to wszystko wyjaśnić więc poprosiła o szklankę wody, co życzliwego i zapobiegawczego narratora, który sprzyja całej trójce, skłoniło do przeznaczenia tej wypowiedzi osobnego rozdziału…
ROZDZIAŁ VI
MANIFEST UCIŚNIONYCH - MONOLOG TOSI
Kraj, z którego do was przybywam, jest jednym z najdziwniejszych i najbardziej nieszczęśliwych miejsc na ziemi. Nie wynika to z tego, że jego mieszkańcy sami w sobie są przesadnie smutni. Wręcz przeciwnie! To cudowne i piękne osoby, ale jedna rzecz, a mianowicie, odtrącenie, sprawia, że z kreatywnych, dobrych i żywotnych stają się smutni, osowiali i najchętniej popełniliby samobójstwo lub podpalili i spalili do zgliszcz cały świat. Wbrew pozorom chęć unicestwienia siebie a chęć unicestwienia świata nie stoją w tak dużej odległości od siebie. Zapewne wiecie, że wielkim bólem jest permanentne życie w fantazjach i brak realizacji ich w rzeczywistości, ale nie wiecie jak wielkim bólem staje się bycie ciągłą, ciągle powtarzaną i gorliwie niespełnianą fantazją. Życie fantasty przecinane jest przez codzienne obowiązki, wyzwania, wytwarzane nadzieje, obiecanki i ucieczki. Natomiast fantazja żyje w próżni, w której nie ma żadnej nadziei. A raczej jeśli nawet jakiś promyk się pojawi, to fantazja za nim podąży i choć przyzwyczajona jest do odtrącenia, to nadzieja jest tym jedynym, zdradliwym pokarmem, który utrzymuje ją przy życiu. Sama w sobie - fantazja - jest piękna i cudowna. Jej urody zazdroszczą inni, ale z czasem staje się coraz brzydsza, aż wreszcie wynaturza się i zaczyna przerażać. Początkowo piękna i czysta staje się ohydą, której spełnienie może wreszcie przekraczać granice prawa i jakiejkolwiek etyki. Ale nie jest to jej winą. Winny jest fantasta, który zwodzi fantazję i nie pozwala jej zaistnieć w pełnej krasie. Fantasta, który wytrząsa ją w samotności, trzepie ją w wyobcowanych zakątkach świata i po spełnieniu porzuca na jakiś czas, tylko po to, aby znów do niej wrócić i ponownie wykorzystać i od nowa… Fantasta jest wobec fantazji nieuczciwy, bo chociaż za każdym razem obiecuje jej podjęcie próby przekucia jej w rzeczywistość, to z uporem maniaka porzuca i odrzuca ją w czeluść własnego pozornego spełnienia - niespełnienia. Tak oto: fantasta i fantazja trwają ze sobą w nieujarzmionej sambie niewoli - skrytym, piwniczym tańcu, który nigdy nie będzie szczęściem, a zawsze będzie udręką. Oto jest mój świat. Ale to też jest świat Freda, a od niedawna pośrednio również i twój, Ginger (może od dawna, ale potrafiłaś bardziej umiejętnie swoją fantazję wygnać i nie pozwolić jej mieć choćby i nadziei). Choćby Fred uciekał stąd na dłuższy czas, to ja i tak wiem, że tu wróci. Kiedy będzie miał gorszą chwilę, kiedy będzie miał niebezpiecznie wolną chwilę wolnego czasu lub gdy na chwilę porzuci nadzieję spotkania doskonałej księżniczki, która odmieni jego życie i naprostuje go na ścieżki swoich idoli, którzy, nie wie o tym, ale też tu wracali w innych, różnych, przeróżnych celach. Fred jest ofiarą świata, w którym żyje i nie mam mu tego za złe, ale wierzę mocno, że przy wsparciu takiej osoby jak ty, Ginger, jesteśmy w stanie zmienić nie tylko naszą trójkową sytuację, ale też zawalczyć o coś więcej dla innych! Bo w końcu, kto z nas nie ma chęci zmiany, choć małej części świata, na lepszy…?
Tu Tosia wreszcie zawiesiła głos i rozległa się długa cisza. Fred milczał bo uświadomione zostało mu jego dotychczasowe życie, które jedynie przeczuwał i którego brak nieustannie mu doskiwierał. Ale milczała też Ginger, której myśli o innych, czasem formowane w kategoryczne osądy braku odwagi czy bezkompromisowości, teraz zostały przywołane i niebezpiecznie zaczęły rymować się z jej własnym życiem. A w końcu milczała też Tosia, której nadzieja na zmianę nie płonęła jeszcze nigdy tak żywym płomieniem.
„Czy to jest ten moment kiedy mam możliwość spełnić swoją misję wobec świata, cokolwiek by ona miała znaczyć?” - wszyscy troje zadali sobie to pytanie w jednej i tej samej chwili i w tym właśnie momencie, pierwszy raz stali się jednością, do której z czasem być może przywykną i być może właśnie dzięki temu dadzą odpust zamkniętemu, tabuizowanemu, a w końcu nieszczęśliwemu światu? Sprzyjający narrator w tym właśnie momencie powinien dać możliwość pauzy bohaterom, jak i czytającym, aby mogli wziąć łyk chłodnej wody, lub jeśli palą, to zakurzyć jednego, przy otwartym, kuchennym oknie. Zaś to, co ma jeszcze nastąpić… nastąpi w kolejnych rozdziałach.
ROZDZIAŁ VII
ROCK AND ROLL ZMARŁ?
Dni upływały im nadzwyczaj spokojnie, lecz dla całej trójki nadwrażliwców jasnym było to, że poza wieloma pozytywami jakie zagościły w ich życiu od tosiowego coming outu, pojawiło się również jakieś bliżej niezidentyfikowane napięcie. Obchodzili się ze sobą jak z jajkiem nie chcąc w żaden sposób urazić się nawzajem, ale przez to też nie żyli pełnią swoich emocji, nie realizowali ukrytych pragnień. Jednym słowem żyli na pół gwizdka. Życie pod tytułem „oswajamy się z nowym” może chwilę potrwać i być bardzo właściwym wstępem do kolejnego rozdziału życia, ale nie może trwać zbyt długo. Staje się wówczas jak rozgotowany makaron: rozlazły, bez wyrazu, a jego esencja ginie w odmętach garnka, by potem wraz z wodą uciec przez sito wprost do zlewu, a następnie zniknąć w kanalizacyjnych rurach - być może na zawsze.
Oboje przeczuwali, że coś należy zrobić, ale czuli się jak saperzy na polu minowym. Ginger bała się być tą niewrażliwą na „inność”. Ponadto przecież zaakceptowała Tosię i dowiedziała się ile dla niej to wszystko znaczy. I co? Miała się teraz zacząć wycofywać rakiem? Miała, po początkowej euforii, zdawać sobie sprawę, że jednak nie jest w stanie sprostać temu wyzwaniu? A z drugiej strony zaczęła się też obawiać się o to czy, aby energiczna Tosia nie wejdzie jej na głowę. Martwiła się o dynamicznie nadchodzącą i być może nieodwracalną przyszłość, a wreszcie bała się siebie samej, czy przypadkiem rzucając się w odmęt zmian nie zgubi w tym wszystkim siebie. Ale jakiej „siebie”? „Czy ja się tak naprawdę dobrze znam?”. „Czy ja to ja z przeszłości, czy dopiero teraz odkrywam prawdziwą siebie?”. „A może ja się zmieniam i to naturalne?”. Tak dryfując po tym oceanie niepewności i rozmaitych pytań dotarła do tego kluczowego: kim ja, kurwa, w zasadzie jestem? czego pragnę? co mnie kręci, a co mnie hamuje? Wbiło ją to w swego rodzaju stupor, który nie zachęcał do podejmowania żadnych seksualnych czynności bo… z kim? jako kto? Mętlik w głowie rozbił nawet tę przez miesiące nagromadzoną chcicę.
Natomiast Fred, działając pod wpływem nagłego impulsu, ponownie zamknął Tosię w szafie i uznał, że musi, jak za dawnych lat, wyjść na miasto i upodlić się w poszukiwaniu własnego sensu i siebie samego. Jak podają miejskie legendy: najwięcej tajemnic sensu istnienia kryje się na pubowych posadzkach. Poszukiwacze często wyruszają w taką podróż i nawet odnajdują tę skrywaną tajemnicę, ale mało komu udaje się ją donieść do domu. Zazwyczaj obwiniany o całą utratę skarbu jest sen, który wymazuje wspaniałe odkrycia poprzedniego dnia czy raczej poprzedniej nocy.

Komentarze
Prześlij komentarz